Co z tym grudniem ? „zimowy biwak”

wpis w: Blog | 0

Ogromny entuzjazm i ekscytacja towarzyszyły mi i Frankiemu, kiedy umawialiśmy się na grudniowe nocowanie w lesie. Byliśmy przekonani, że będzie to świetny sprawdzian który zweryfikuje nas w niskich temperaturach. Brak śniegu raczej już mało kogo szokuje, ale mocno dodatnie temperatury wywołały jednak u nas rozczarowanie.

 

 

Drewna nazbieraliśmy jakby miało być co najmniej na minusie, przynajmniej tak nam się wydawało. Jako opał wykorzystaliśmy martwe ale suche konary drzew. Do cięcia drewna, wykorzystaliśmy piłę ramową- genialne rozwiązanie jeżeli ma się partnera do piłowania.

 

 

Jak się szybko okazało drewna było „na styk”  jak nie za mało. Jednak łysy z buschcraftowy.pl miał rację kiedy mówił: „nazbieraj tyle drewna ile uważasz że potrzebujesz, potem zbierz drugie tyle”.

Tej nocy planowałem nocleg pod otwartym tarpem przy ognisku. Gdyby coś poszło nie tak, na przykład silne opady zacinającego deszczu lub przedwczesne wyczerpanie opału, czekało na mnie mejsce w zamkniętym tarpie Frankiego. Jakby nie patrzeć w 2 osoby zawsze cieplej a i schronienie lepiej osłaniające.

Po rozbiciu obozu, oczywiście „sjesta” w towarzystwie ziołowego likieru z jelonkiem na etykiecie . Dłuższe noce wiążą się z  nowymi wyzwaniami gdyż  na ogół  rozbijaliśmy się przy świetle dziennym. Pozornie proste rozbicie zamkniętego tarpa, w ciemnościach okazało się nie tak banalną czynnością. Niby wszystko OK ale jednak deszcz udowodnił nam że tak  nie jest, na całe szczęście Franki ma całkiem nieprzemakalny plecak więc świetnie się nadał do zastawienia otworów między podłożem a tarpem xD 

Kiełbaska zjedzona, jelonek wypity pora spać, każde do swoich tarpów. Ustawiam minutnik w telefonie na 30 minut, obliczyłem że tyle czasu spalają się kawałki drewna które wcześniej przygotowaliśmy, jest ekskluzywnie -cieplutko, światła dużo,  więc  byłem zadowolony jak pan życia. Budziłem się co pół godzinki i wrzucałem po kawałku drewna które leży obok na wyciągnięcie ręki, tak abym nie musiał wypełzywać z milusiego śpiworka. Gdzieś po piątym przebudzeniu stwierdziłem, że budzenie co 30 minut chyba nie jest aż tak konieczne, więc jednak będę budził się co 60 minut i wrzucał po kawałku do ogniska. Po każdym przebudzeniu spoglądałem w  kierunku tarpa Frankiego i trochę mu zazdrościłem że on nie musi robić tego co ja, a pewnie ma podobny komfort cieplny. I tak nad ranem stwierdziłem, że jednak nie będę dłużej utrzymywał ognia mimo nieustającego deszczu- poddałem walkę. Drewna ubywało szybciej niż zakładaliśmy (a wrzucałem jedynie po jednym kawałku), więc podjąłem decyzję, że zostawię resztę drewna na rano tak abyśmy mogli  zgrzać coś ciepłego. Poza tym alarm minutnika przerywał każdy mój sen, przecież to zwariować tak można :) Jak się okazało bez ogniska było niewiele chłodniej więc cieszyłem się że zrezygnowałem z palenia.

Spałbym do końca pod otwartym tarpem, tylko że deszcz zaczął delikatnie wdzierać się do środka, niby nie jakoś mocno ale do śnadania miałbym znacząco przemoczony śpiwór, ale w całej sytuacji nie to było najokrutniejsze. Największym błędem jaki popełniłem tamtej nocy to wybór miejsca do spania, podłoże było fest nierówne, więc spałem wygięty jak precel. Głupi ja, totalnie to zbagatelizowałem i stwierdziłem, że nie będzie to miało na mnie większego wpływu.

Na ogół biwakuje w hamaku, więc mam małe pojęcie o spaniu na glebie. Jakby tego było mało, zostawiłem buty na skraju tarpa więc przemokły. No geniusz ze mnie. Tego za wiele – pomyślałem, 06:00 wyłażę ze śpiwora, budzę  Frankiego, i mówię żeby się posunął bo ja może i lubię spać na dziko w lesie, ale jednak masochistą nie jestem. To była dobra decyzja, płaskie podłoże i szczelny tarpik – świetna sprawa. I tak dospałem bez budzącego minutnika, w płaskiej pozycji do 10:00, bo w końcu niedziela, a ja kocham spać.

Później toaleta, i pora zabrać się za śniadanie. Drewno jednak nie było tak suche jak przewidywaliśmy, nawet sucha drzazga ze środka nie chciała z nami współpracować. Całe szczęście Franki ma ze sobą zawsze suchą korę brzozy, więc po półgodzinnej walce, udało nam się rozpalić ogień za drugim razem.

Ciepła odymiona kawa w zimnym porannym lesie- nie da Ci tego żaden ekspres do kawy Do tego fasolka Heinza z papryką czili (tak wiem, kuszę los) i zwijanie obozu. Oczywiście dokładamy wszelkich starań aby las wyglądał tak jak przed naszą wizytą, więc nie ma mowy o pozostawieniu jakichkolwiek śmieci czy zgliszczy po ognisku. Ponadto strażników prawa uspokajamy, nie był to LP.

Godzina 12:00- pora wracać do domu, po drodze spotykamy jeszcze leśnych gospodarzy, robimy im pamiątkową fotkę i kończymy naszą mikro wyprawę. Zimowe warunki niestety to nie były ale na pewno była to wartościowa lekcja. Jako, że nie uważamy się za surwiwalowych profesjonalistów, analizujemy wszystkie niedociągnięcia tej wyprawy i wyczekujemy kolejnej okazji do odwiedzenia lasu, może w końcu w bardziej zimowej aurze.  autor: Żygol